Marta Dvořak: "Ostatnie historie" określane są często mianem sagi zdekonstruowanej. Bohaterki łączą więzy krwi, ale niewiele poza tym. Jakby nie było typowej dla sag ciągłości. Zakłóca ją także fakt, że najmłodsza z bohaterek nie ma córki, a syna - to jakby dysonans w następujących po sobie opowieściach babki, matki i córki. Bez szansy na kolejną.

Olga Tokarczuk: "Ostatnie historie" to saga w lekkim cudzysłowie, ale użycie tego słowa jest uzasadnione - to saga w sensie konstrukcyjnym. Opowiada bardziej o zerwanych więziach - to nie jest moja wina, ale pewnie świata i rzeczywistości, która jest nam bliska. To uczciwe przedstawienie związków międzypokoleniowych. Trudno oczywiście wymagać, żeby saga dziś była napisana tak jak "Buddenbrookowie", przybliżający schyłek świata mieszczańskiego. Bohaterka ma syna, owszem. To prawda, chciałam zachwiać tę ciągłość i chciałam też, aby moją książkę krytycy i publiczność potraktowali jako książkę o człowieku, a nie jako sagę kobiecą, wpisującą kobiety tylko w doświadczenia menstruacyjno-porodowe.

Wspomniała Pani o przedstawianiu więzi międzypokoleniowych czy raczej ich braku, o niezdolności bohaterek do zakorzenienia się. Czy temu brakowi nie sprzyja miejsce, w którym rozgrywała się akcja dwóch pierwszych części książki, tam gdzie teoretycznie powinien istnieć dom bohaterek?

- Moje bohaterki żyją w szczególnym miejscu w Polce czy w Środkowej Europie, miejscu podejrzanym historycznie, jego przynależność jest niepewna, tożsamość jest niepewna. Korzenie, tradycja - to wszystko jest pozrywane. Każda z tych kobiet pochodzi z pokolenia, które w jakiś sposób doświadczyło, czy doświadcza przerwania ciągłości tradycji, zmiany miejsca. Tym właśnie tropem chciałam pójść, w ten sposób naszkicować otoczenie tych kobiet.

Ale chyba nie do końca zerwały one z tą ciągłością, nawet podczas egzotycznych podróży bohaterka zdaje sobie sprawę, że śmierć dociera wszędzie...

- Oczywiście, ona pojawia się w landrynkowym tropikalnym raju, tak samo jak w Kotlinie Kłodzkiej. Maja nie jest jednak człowiekiem kompletnie wykorzenionym, myśli czasami o mieście na północy, gdzie pada deszcz, gdzie świecą szyny tramwajów, gdzie jest bruk, gdzie spadają kasztany. To człowiek, który należy do pokolenia niepokoju, rozedrgania, nieumiejętności skupienia się. Takie pokolenie nastawione jest na ekspansję na zewnątrz, do granic świata. To kobieta, która zajmuje się przygotowaniem przewodników i map. Można sobie wyobrazić, że za nią już się szykuje cała sfora, która ruszy w świat. Ta jej wyprawa to taki zdekonstruowany rodzaj podróży na Wschód. Ona zawsze istniała w naszej kulturze jako rodzaj wyprawy po samorealizację, po porządek, po religijne uspokojenia. Tak przecież podróżowali pisarze.
Tylko że ten Wschód jakoś się przesunął.
- Owszem i zrobił pop. Dużo ludzi jedzie na Bali, do Tajlandii. Trudno mi oceniać ich motywacje, ale myślę, że to rodzaj ucieczki, ogarnięcia świata z dużego dystansu.

Jak "Ostatnie historie" przyjęli czytelnicy? Zaskoczyły Panią jakieś ich uwagi. Chyba im trudno było tę inną od dotychczasowych powieści czytać w zimowe wieczory?

- Zaskoczyła mnie czytelniczka podczas spotkania w Łodzi. Powiedziała mi, że z koleżankami zawsze w moich książkach znajdują aforyzmy. A w tej nie znalazły nic. Potraktowałam to jako komplement. Starałam się, żeby ta powieść była absolutnie czysta, surowa, przejrzysta, bez dygresji i ukwieceń. Wymagał tego zamysł i temat.

A nie mówili, że trudno czytać o smutku, śmierci, podczas gdy zima za oknem? Że to nie książka na zimowe smutne wieczory?

- Ale to jest książka na zimowe wieczory, zaznaczam to często w dedykacjach dla przyjaciół. Myślę, że są dwa sposoby radzenia sobie ze smutkiem. Radzimy sobie, czytając śmieszną książkę, idąc na komedię do kina. Ale w ten sposób od tego smutku się nie odsuniemy, tak samo jak od tego, że zbliża się jesień i będziemy się zastanawiać, co my robimy na tym świecie. Ja wolę drugi sposób radzenie sobie z tym smutkiem - refleksja. Bo nie można życia traktować w taki hedonistyczny sposób - cały czas myśleć, że świat składa się z uczuć przyjemnych i nieprzyjemnych, a życie polega na tym, żeby te ostatnie eliminować za wszelką cenę. Więc jest to książka na długie zimowe wieczory. Jeśli się przejdzie przez nią uważnie, spokojnie, nie spiesząc się, nie oczekując fajerwerków, to wydaje mi się, że można dzięki niej osiągnąć nawet rodzaj oczyszczenia.

Rozmawiała Marta Dvořak

GW Kraków nr 286, wydanie krk z dnia 07/12/2004 KULTURA, str. 6