Sprawozdanie z raju

Nie jestem rasowym globtroterem. Prawda jest taka, że wybrałam się do Singapuru wygrzać kości. Względy turystyczne i poznawcze postawiłabym na drugim miejscu. Mówiono mi przed wyjazdem, że Singapur to po prostu jeszcze jedno wielkie miasto, nic poza tym. Ze mogę się poczuć rozczarowana. Ja jednak wiedziałam, że jednego mogę być pewna: będzie ciepło, a ponieważ należę do tych, którzy marzną od września do czerwca, miejsce to dla mnie wymarzone. Zwolniłam syna ze szkoły, spakowałam trochę letnich ubrań i skorzystałam z zaproszenia starej przyjaciółki, która osiedliła się w tropikach.

Pojechać ni stąd, ni zowąd w okolice równika jest wielkim wyzwaniem dla ciała i duszy. Ciało przyzwyczajone do życia w umiarkowanych szerokościach geograficznych z ich melancholią przemijania pór roku, czekaniem na pierwszy bez, pierwszy śnieg, pierwsze truskawki najpierw zapada w odrętwienie, a potem nagle budzi się do słońca, ożywia, łaknie wody i ruchu. Byłam oślepiona słońcem, które najpierw jak piłka wyskakiwało zza horyzontu, a potem jakoś nienaturalnie wędrowało na sam czubek nieba.
Co do duszy zaś. To było zupełnie nowe doświadczenie czasu, o które mogłam wcześniej podejrzewać tropiki, ale zupełnie go nie znać. Po raz pierwszy dotknęłam tego innego czasu, gdy rozmawiałam z panią Lim, która wiozła mnie miejskim autobusem do taoistycznej świątyni. Zapytała mnie o pogodę w moim kraju. Powiedziałam jej o mrozach, które bywają w styczniu. Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Pani Lim nigdy nie wyjeżdżała dalej niż do Malezji. Znała słowo "mróz", lecz nie wie­działa, co ono znaczy. Potem zapytała mnie, czy w moim kraju rosną jabłka. Ucieszyłam się tą nową owocową płaszczyzną porozumienia. Opowiedziałam jej o sadach, które kwitną na wiosnę, i skrzynkach pełnych owoców jesienią. - No dobrze - odezwała się pani Lim po chwili i niepewnie zapytała: - Ale jak rosną te jabłka, kiedy są takie mrozy? Wtedy pojęłam, że pani Lim nic nie rozumie.
Singapur jest jednym z takich miejsc na świecie, gdzie czas wygląda, jakby zamarł, jakby położył się na rozgrzanej ziemi i usnął. Noc i dzień przychodzą po sobie równo jak zaprogramowane przez jakiś komputer bez wyobraźni. Wschody i zachody słońca nie robią wrażenia. Ciemność nie jest w stanie przerazić ani zawładnąć. Drzewa są wiecznie zielone, przez cały rok rosną zachłannie. Kwitną i owocują w tym samym czasie. Prognozy pogody nudne. Obwieszczają co najwyżej przelotny deszcz i zmianę temperatury o dwa, trzy stopnie. Wszelkie odchylenia od tego wzoru wydają się kataklizmem, o którym długo się pamięta. W taki sposób postrzegana jest też historia zbiorowa i historie pojedynczych ludzi. Powolny ruch do przodu.
Singapur to niewielka wyspa, państwo-miasto położone na krańcu Półwyspu Malajskiego. U wrót Singapuru spotykają się ze sobą Ocean Spokojny i Indyjski, jest więc to miasto najważniejszym mostem komunikacyjnym między Indochinami i Indonezją.
Gdyby nie upał, ogromna wilgotność i palmy kokosowe już przy lotnisku, można by pomyśleć, że Singapur jest jakimś miastem europejskim, amerykańskim czy jakimkolwiek. Supernowoczesne lotnisko, drogi szybkiego ruchu (wprawdzie lewostronne), wieżowce ze stali i szkła, potężne centra handlowe, szybkie metro. W środku miasta w roli rezerwatu kilkadziesiąt hektarów resztek tropikalnej dżungli, jaka rosła tu kiedyś, zanim pojawili się Malajowie, potem Chińczycy, a w końcu Anglicy.
Konfucjusz jako jeden z niewielu filozofów miał pomysł na życie. Chciał ludzkie życie poddać regułom, porządkowi, który chroniłby je przed chaosem. Marzyło sprawiedliwym państwie prawa, w którym właściwą drogą dla samodoskonalenia się człowieka byłoby wykonywanie obowiązków społecznych, przestrzeganie norm współżycia społecznego i poszanowanie władzy. Wszystko, co się dzieje, musi być zgodne z ładem nieba, czyli z tao. Człowiek pojedynczy jest jedynie kamyczkiem, z którego rzeczywistość układa swój wielki i skomplikowany wzór.
Ponad dwa tysiąclecia po Konfucjuszu powstało takie państwo, państewko właściwie, zamieszkałe przez trzy miliony obywateli bardzo zróżnicowanych kulturowo, etnicznie i językowo. Państwo nowoczesne, lecz pełne rygoru i dyscypliny, państwo, które troszczy się o szarych obywateli i sprawia, że są bezpieczni i żyją w tyglu kultur wręcz komfortowo. Państwo-wyspa w samym środku dużo biedniejszej południowo-wschodniej Azji, państwo-marzenie dla wielu Indonezyjczyków, mieszkańców Indii, Malezji czy Sri Lanki. Enklawa nowoczesności i Zachodu w przestrzeniach tradycyjnego Wschodu.
W kraju, który liczy trzy miliony ludzi, ale w którym obowiązują cztery oficjalne języki (chiński, malajski, tamilski i angielski), konfucjańskie myślenie przejawiło się w świetnym pomyśle. Otóż Singapurczycy żyją przeważnie w wielkich nowoczesnych blokowiskach, przy nich nasze Ursynowy mogłyby być tylko slumsami. W każdym takim kondominium jest szkoła, centrum handlowe, opieka medyczna, baseny, korty, parki i ogrody. Mieszkają tu ludzie o różnych kolorach skóry, mówiący różnymi językami, ubrani w różne stroje. Żyją zgodnie, obchodzą swoje święta, co zewnętrznie wyraża się okresowymi zmianami ozdób okien i balkonów. Okna Chińczyków w styczniu rozpoznaje się po czerwonych wstęgach i lampionach. Miesiąc później widać wyraźnie, gdzie mieszkają muzułmanie. Hari Rama, ich Nowy Rok, sprowadza na tysiące balkonów kolorowe światełka, takie, jakie my zawieszamy na choinkach.
Czasem miewałam nieodparte wrażenie, że znajduję się w futurystycznym raju opisywanym przez radzieckich pisarzy science fiction. Konfucjański pomysł? To zasada zasiedlania bloków. Władza osiedli dba o to, żeby na klatce schodowej sąsiadowały ze sobą rodziny z różnych kultur. Nie ma chińskich czy malajskich budynków, ba, klatek schodowych. Wiadomo, gdzie jest trzech...
Istnieją wprawdzie w centrum miasta takie dzielnice jak Little India czy China Town, ale to raczej centra handlowe, atrakcje dla turystów. Przy Arab Street stoi meczet, a przy nim plac targowy, gdzie można zjeść arabskie jedzenie. Kilka uliczek to sklepiki z koszykami i batikiem. Muzułmańską atmosferę podkreślają maleńkie budyneczki wśród palm kokosowych i głos muezina.
Singapur w 76 proc. zamieszkują Chińczycy, potomkowie przybyszów z Chin. Następna pod względem wielkości grupa narodowościowa to Malajowie (15 proc.) i ludność pochodzenia indyjskiego (6,5 proc.) Reszta to potomkowie Portugalczyków, Ormianie, Żydzi, potomkowie Brytyjczyków i emigracja europejska.
Nie interesuje mnie polityka, ale tutaj często zastanawiałam się, jaki ustrój polityczny i ekonomiczny jest w stanie zbudować tak harmonijnie wyglądający twór. W Singapurze od lat rządzi ta sama partia. Najwięcej jednak do powiedzenia ma premier.
Opozycja prawie nie istnieje. Może to za mały kraj, żeby pasjonować się wyborami, politycznymi przepychankami? Może za wiele do stracenia? Wszak wokół cała Azja. Może Singapurczycy myślą, że warto poświęcić część swojej wolności, żeby żyć dostatnio i w spokoju. Może warto zrezygnować z żucia gumy, plucia na ulicy, przechodzenia na czerwonych światłach, brania narkotyków, handlowania nimi (kara śmierci!), może nie ma się co wykręcać od pójścia do wojska na trzy lata, może trzeba znosić sąsiadów, którzy mówią innym językiem i jedzą zupełnie co innego, a ich zwyczaje wydają się nie do przyjęcia.
Singapur jest miastem pogodzonym po konfucjańsku z życiem, podporządkowanym nadrzędnym zasadom. Na ulicach nie ma żebraków, ale i wszelkich dziwolągów, które gdzie indziej nadają koloryt miejscu. Nie ma demonstracji związkowych, ale też w zwyczaju jest pracowanie niewyobrażalną gdzie indziej liczbę godzin w miesiącu. Problem śmieci został magicznie rozwiązany, jest czysto i schludnie, a na ścianach nie ma graffiti. Nie widać wprawdzie żadnej kontestacji, ale ludzi mało obchodzi sztuka. Tak jakby opozycje nie umiały żyć bez siebie, jakby musiały współwystępować albo zniknąć razem.
Jeszcze kilka lat temu była w Singapurze dzielnica Bugis, która ożywała po zmroku. I tutaj zbierało się to wszystko, co za dnia dało się wyprzeć. Z rozrzewnieniem wspominają Bugis turyści, ale - zdaje się - i mieszkańcom jej brakuje. Mnie dane było poznać Bugis tylko ze zdjęć i opowiadań. Wąskie uliczki za dnia zapakowane straganami i sklepikami wyłażącymi na bruk, małe restauracyjki, zapach ryb i owoców. Wieczorem te uliczki zamieniały się w prawdziwą portową dzielnicę ze spelunkami i domami publicznymi. Tu można było zobaczyć wymarłą już prawie atrakcję portowego Singapuru: akua, czyli przebranych za piękne dziewczyny transwestytów. Można się było nawet z nimi sfotografować za niewielką opłatą. Widziałam takie zdjęcia. Kobiecość nazbyt kobieca, przerysowana, umalowana. Kobiecość podszyta teatralnością. Można tu było napić się alkoholu, można się było nawet upić. Teraz w czasie mojego miesięcznego pobytu nie widziałam nikogo pijanego. Sprawne i prężne państwo kilka lat temu zburzyło tę swoją ciemną stronę i zbudowało na miejscu Bugis nowoczesny ciąg handlowy. Czy to nie paradoks, nie szaleństwo tęsknić do chaosu, nieprzewidywalności, do brudu? Natura ludzka jest jednak przewrotna. To dlatego w aseptycznym Singapurze można zatęsknić do Bugis.
Główna ulica miasta, Orchard Road, przypomina inne ulice w wielkich miastach świata. Dominują tu banki, drogie domy handlowe, najwięcej jest tu także białych. Czuli na punkcie ras Singapurczycy nie używają słowa "biały". Tutaj, ku mojemu zdziwieniu, dowiedziałam się, że jestem "kaukasian lady", co przypomniało mi jakieś zajęcia z antropologii i fachowy, naukowy podział na rasy. Nie wiem, dlaczego lepiej brzmi "kaukaski" niż" biały". Trudno to zrozumieć zwłaszcza Polakowi.
Wszyscy wyglądamy na Orchard Road tak samo: sandały, szorty lub spódnica i koszulka. Wszystko w tym samym ponadnarodowym stylu. Pijemy coca-colę, jemy w McDonald'sie. Używamy tych samych dezodorantów i chusteczek higienicznych, żeby zetrzeć pot z czoła. Myślę, że w czasie pierwszych dni pobytu u większości z przybyszów zrodzi się uczucie żalu, że w naszych czasach wszystkie miasta wyglądają tak samo, że po co lecieć 13 godzin samolotem, żeby znaleźć to samo, co gdzie indziej. Ponarzeka się na amerykanizację, uniformizację, makdonaldyzację, ekonomiczny i kulturowy imperializm Zachodu. Po tygodniu pieszych wędrówek po rozgrzanych ulicach, po późnych kolacjach ze znajomymi tubylcami, po dyskusjach przy piwie Tiger, po spacerach z panią Lim, po wyprawie na sąsiednią wyspę Pulau Ubin, po drzemkach na brudnej plaży, po zwiedzeniu dziesiątek świątyń zacznie jednak kiełkować uczucie, że Singapur, pewnie jak i cała Azja, jest tylko Zachodem pomalowany, przyozdobiony. Że zachodniość jest tylko cienką warstwą pozłoty na tysiącletnim, cennym pudełku. Pod spodem żyje i miewa się dobrze zupełnie inny, nie zachodni świat.
Oto hinduskie święto Tajpusam. Główną ulicą w Little India idzie niezwykły pochód. Półnadzy mężczyźni, których ciała poprzekłuwane są w wielu miejscach ogromnymi metalowymi szpilami, spokojnie i bez śladu cierpienia na twarzach ciągną kilka kilometrów w otoczeniu dodających im otuchy rodzin. Sunę pod prąd tej niezwykłej procesji, aż docieram do źródeł, hinduistycznej świątyni, barwnej, wypełnionej tłumem ludzi. Słychać gwar, ludzie modlą się, śpiewają, zajadają rozdawane przysmaki. W tym zamieszaniu wprost na trawie odbywa się rytuał ofiarowania bogini swojego cierpienia. Młody mężczyzna, który od miesiąca utrzymuje post, modli się przed figurką bogini, a potem kładzie się na ziemi. Członkowie jego rodziny otaczają go kręgiem, modlą się i śpiewają, żartują i rozmawiają. W tej atmosferze nie ma nic podniosłego do momentu, kiedy inny mężczyzna klęka nad leżącym i smaruje mu plecy czerwonym popiołem. Potem dezynfekuje (?) ogromne metalowe haki z przywiązanym do nich sznurkiem, pocierając ostrze miąższem banana. Po chwili z łatwością przebija nimi skórę na plecach leżącego. Nic pojawia się ani kropla krwi, ani jeden grymas bólu na twarzy, choć widzę, że haki wchodzą głęboko w ciało. Robi mi się słabo. Potem mężczyźni stawiają leżącego, ciągnąc za liny przywiązane do haków. Jego twarz jest zupełnie spokojna, trochę może przestraszona liczbą gapiów. Nie widzę tego, czego oczekiwałam: żadnych znam transu, braku przytomności. Zazdroszczę mu siły wiary. Jakiś typ "kaukaski", który filmuje wszystko kamerą, szepcze z niesmakiem: Barbarzyństwo. Jakież to względne słowo. Zastanawiam się, jak nazwałby ów biorący udział w rytuale Hindus dzisiejszy obiad tamtego: krwisty befsztyk i żywcem zjadane ostrygi.
Oto bazar. Oto figura Buddy o Czterech Twarzach stojąca między straganami ryb, owoców i warzyw. Kupujący z siatkami wiktuałów wrzucają monety do pudełka, zamieniając je na kadzidła. Z zapalonymi kadzidłami w ręce modlą się krótko i zostawiają na ołtarzyku pomarańczę, kilka bananów, paczkę herbaty, paczkę mentosów. Potem idą dalej.
Oto rozmowa z pewnym znajomym. Jest dobrze wykształcony obyty, "zachodni". Mówi mi, że miałby wypadek na autostradzie. Stracił panowanie nad kierownicą, ponieważ wyskoczył na niego jakiś zabłąkany duch.
Oto dziwaczny wizerunek Buddy, przed którym stoi kolejka. Budda jest otyły, radośnie uśmiechnięty, ma wielki brzuch i łysą głowę. Trzeba czekać z kwadrans, żeby móc stanąć przed nim. Ta figurka spore powodzenie, sprowadza szczęście w interesach.
Oto maleńka świątyńka taoistyczna odwrócona wejściem morzu. Na ołtarzyku stoi kilkanaście bóstw. Przed każdym kadzidła, olejki, owoce. Przed jedną z nich stoi gerberowska butelka ze smoczkiem pełna mleka. Najpierw myślę, że zapomniała o niej jakaś roztrzepana matka. Potem dowiaduję się, że to bóstwo jest dzieckiem i woli mleko niż pomarańcze.
Oto meczet. Na podłogach wyścielonych miękką wykładziną śpią mężczyźni. Nad nimi nowoczesny elektroniczny zegar wskazuje wczesne leniwe popołudnie. Zupełnie inna niż zachodnia religijność z pewnością tworzy zupełnie inną mentalność i wrażliwość na świat. Zdecydowana większość mieszkańców Singapuru jest taoistami lub buddystami, są to bowiem religie chińskiej większości. Żyją tu także muzułmanie (podobno jest ich coraz więcej) oraz hinduiści. Katolickie misje zostawiły po sobie niewielki procent katolików.
To, co przede wszystkim zdumiewa przybysza, to siła rodziny. Tutaj, odmiennie niż w świecie zachodnim, dzieci utrzymują starych rodziców. Im więcej ma się dzieci, tym bezpieczniejsza starość. Wpływ rodziny widoczny jest też w interesach. Większość sklepów, restauracji, drobnych przedsiębiorstw jest prowadzonych przez grupy krewnych. Być może dlatego tak wielką wagę przywiązuje się tutaj do wykształcenia dzieci. W ten sposób zapewnia się sobie własny byt w przyszłości.
Singapurczycy, jak to powiedzielibyśmy w Europie, są przesądni. Gdy po raz pierwszy wybierałam się do znajomych, zwrócono mi uwagę, żeby nie ubrać się na czarno. Kolor czerwony uważany jest za sprowadzający pomyślność, dlatego tak wiele czerwieni można zauważyć w singapurskim domu, sklepie, na ulicach i w sztuce. Singapurczycy powszechnie wierzą w feng shui i przy kupnie mieszkania czy domu nie wahają się zasięgać porady u specjalistów, którymi są mnisi buddyjscy. Nie wolno w prezencie podarować zegara. Przypomina o przemijalności życia, odmierza nam czas. Na przyjęciu urodzinowym należy jeść makaron, im dłuższy, tym lepszy.
Przy niezwykłym zaabsorbowaniu mieszkańców Singapuru pracą, interesami, zakupami i życiem materialnym w całej jego dosłowności i trzeźwości dostrzegają oni jego duchowy, mityczny wymiar. Punktem, który łączy oba te, wydawałoby się, przeciwległe światy jest 4-D, loteria. W tego singapurskiego totolotka gra chyba każdy. W sobotni wieczór, kiedy odbywa się losowanie numerów, setki tysięcy ludzi sprawdza na swoich pagerach wygrane numery. Z ust do ust krążą opowieści o wielkich wygranych. Singapurczycy po swoich chińskich przodkach mają ogromne upodobanie do gier hazardowych. W sobotnie i niedzielne wieczory unosi się w powietrzu przyjemny dla ucha dźwięk. To uderzają o siebie kostki do majona.
Singapurczycy wychodzą z domów, gdy upał zelżeje, to znaczy około dziewiątej wieczorem. Najchętniej jedzą w Hawker Centra, wielkich barach przypominających nieco nasze niegdysiejsze stołówki. Stoliki są otoczone butelkami z różnego rodzaju jedzeniem: chińskim, malajskim, muzułmańskim oraz western fordem. Można się tu napić mleka kokosowego wprost z orzecha (a potem koniecznie wyjeść miąższ łyżką), napoju z trzciny cukrowej, bardzo słodkiego i o pięknym zielonym kolorze, także piwa czy też singapurskiej odmiany kawy, dość słabej, z dużą ilością mleka, nieznośnie słodkiej i podawanej w kubku. Herbatę pije się z angielska, zawsze z mlekiem. Egzotycznym specjałem tych szerokości geograficznych jest durian. Poznałam go najpierw ze znaków zakazu w metrze. Kolczasty owoc, coś w rodzaju monstrualnego agresu, przekreślony czerwonym krzyżem. Durian jest smakowity, acz śmierdzi. Dlatego nie wolno przewozić go środkami komunikacji publicznej. Jakoś nie udało mi się rozsmakować w durianie. Zbyt dosłownie przypominał mi aceton.
W weekendy Singapurczycy najchętniej odwiedzają Malezję, głównie dlatego, że jest najbliżej (wystarczy kilkumetrowym mostem przejechać cieśninę Joho Baru), także dlatego, że w Malezji wszystko jest tańsze co najmniej najmniej połowę. Malezja ma piękne plaże, wielkie przestrzenie, którymi zachwyca się każdy mieszkaniec molocha, dobre drogi i przyzwoite hotele.
Postanowiłam i ja wybrać się do Malezji w poszukiwaniu bardziej dosłownej egzotyki. Spakowaliśmy z moim synem niewielki plecak i ruszyliśmy przez granicę busem maleńkiej firmy turystycznej.
Prosta, nowoczesna szosa (przy niej znudzone stada małp obserwowały samochody) wiodła nas na północ do portowego miasteczka, skąd na wyspę Pulau Tinggi przewiózł nas niebezpiecznie kołyszący się kuter rybacki. Wody Morza Południowochińskiego mają cudowny kolor, coś pomiędzy granatem a lazurem. Wyspa okazała się rajem: kilka drewnianych bungalowów krytych liśćmi palmowymi, pełne zwierzęcego życia tropikalne zarośla i rafy koralowe. Po wypożyczeniu sprzętu do nurkowania wychodziliśmy z wody tylko na posiłki. Zawsze marzyłam, żeby doświadczyć nurkowania w rafach koralowych; dotąd widziałam je tylko w telewizji. Nie wiem, z czym można porównać ten stan ducha, kiedy frunie się powoli nad podwodnym światem, gdy łagodnie spływa się między żyjące delikatnie falujące podwodne skały, gdy czuje się na skórze zmienne temperatury wody, gdy wpada się przypadkiem w sam środek kolorowych ławic ryb. Wrażenie estetyczne jest nieopisywalne, nie oddają go fotografie ani filmy. Ale jest też w tym coś przerażającego. Jak zawsze, gdy dotknie się przypadkiem samych źródeł życia, pojawia się zrozumienie, że świat świetnie obywa się bez ludzi, że nie jesteśmy naturze potrzebni. Przyszliśmy tylko popatrzeć.
Wieczorami zbieraliśmy się na plaży ogromne muszle i białe korale. Słońce nie zachodziło, lecz zeskakiwało z nieba pod horyzont. Upał wcale nie zmniejszał się, po prosu robił się ciemny, nieprzezroczysty.
Na lotnisko singapurskie odprowadziło nas kilkoro znajomych. Tęskniłam już do domu. Miałam całą walizkę muszli, wok do gotowania chińskich potraw i bambusowe wisiadło do odpędzania złych duchów. Z samolotu widziałam łagodną krzywiznę kuli ziemskiej.